On był mi obojętny. Nie interesowałam się nim. Aż do tamtego dnia. Znaczy, do tych dwóch dni. Ten drugi był ważniejszy. Ale chyba najbardziej podobała mi się ta jego aura tajemniczości. Był bardzo popularny, był w końcu kapitanem w naszej szkolnej drużynie koszykówki. Z tego co wiem, był też bogaty. Ale to mnie akurat bardzo nie interesowało.
Jestem kujonką i nikt mnie nie lubi. Znaczy lubią, ale tylko przez jeden dzień, w którym to daję im spisać zadanie domowe. Tamtego dnia o zadanie poprosił mnie właśnie on. Zdziwiłam się, bo taki popularny chłopak jak on mógł poprosić kogo kol wiek. A jednak poprosił mnie. Kiedy moja twarz wyrażała zdumienie, on uśmiechnął się.
-Dasz mi, czy nie?- Zapytał z uśmieszkiem.
-Och, tak, tak, już daję...- Roztrzepana podałam mu mój zeszyt do matematyki. Patrzyłam na niego całą przerwę, póki nie zdążył przepisywać. Wiem, ze to nieładnie się gapić, ale nie mogłam odwrócić wzroku. Nawet nie wiedziałam czemu.
Tuż przed dzwonkiem oddał mi mój zeszyt i podziękował. Wysłał mi swój uśmiech. Właśnie to sprawiło, ze nagle poczułam się szczęśliwa. To jego uśmiech sprawił, ze na mojej twarzy pojawił się rumieniec. To jego kultura sprawiła, ze czułam się, jakbym unosiła się dziesięć metrów nad ziemią. Czułam się taka... wolna. Taka... Zakochana. Na początku nie chciałam się sama sobie to tego przyznać, ale... To właśnie on sprawił, że przestałam się czuć, jak szara myszka na pastwie zwyczajnych uczniów.
Wieczorem nie mogłam usnąć. Przestałam myśleć o wszystkich problemach, o tym, że jutro mam sprawdzian z biologi, o tym, że na dole siedział mój tata, któremu nie chciałam się narażać. Zapomniałam o tym, ze mama leżała w szpitalu i miała małe szanse, żeby wyzdrowieć.
Liczył się tylko on. To, jak się kłócił z kolegami. To, jak odpowiadał na fizyce. To, jak strzelił kosza, dzięki któremu nasza szkoła wygrała marcowe rozgrywki. Liczyło się to, jak się śmiał, gdy go coś rozśmieszyło. Liczył się jego wzrok skierowany wprost na mnie. Liczyły się jego niebieskie oczy wwiercone prosto w moje. Liczyły się jego przecudowne, brązowe włosy. Liczył się jego wysoki wzrost, dzięki któremu łatwiej sięgał do kosza. Liczył się cały on. Bo to po prostu Jacob.
Następnego dnia, gdy szłam do szkoły, nagle usłyszałam, że ktoś woła moje imię.
-Katie!- Obróciłam się. Zobaczyłam, ze to był mój ulubiony gwiazdor koszykówki. Uśmiech momentalnie wypłynął na moje usta. Mój brzuch zaczęły wiercić motylki. W moim ciele podskoczyła adrenalina. To był "mój" Jacob.
-Hej!- Zawołałam do niego. Posłał mi swój słodki uśmiech. Popatrzył prosto w moje oczy. Myślałam, ze zaraz zemdleję ze szczęścia. Chyba w końcu ktoś mnie zauważył.
-Cześć. Ja chciałem ci tylko podziękować za to, że dałaś mi wczoraj spisać lekcje. Dzięki tobie dostałem piątkę.
-Och, to drobiazg.- Powiedziałam, czując, że się rumienię. Uśmiech nie schodził z moich ust.
-Mam coś dla ciebie. To za przysługę.- Powiedział zakładając na moją rękę bransoletkę.
-Jej, dziękuję nie trzeba było!- Przyglądałam się jego błękitnym oczom.
-Trzeba było. To na szczęście. Ja muszę spadać. Cześć!- Pomachałam mu cała w motylkach.
Czułam się, jakbym nagle ważyła o tonę mniej. Byłam szczęśliwa! Właściwie pierwszy raz w życiu czułam coś takiego. to wspaniałe uczucie. Teraz wiem na pewno, że jestem w nim zakochana.
Nie mogłam się skupić na lekcjach. Cały czas studiowałam podarunek od Jacoba. Złoty słonik z podniesioną trąbą do góry i wyrytą czterolistną koniczyną na grzbiecie. Wisiała na czarnym rzemyku. Z jednej strony słonika widniał wyryty napis "Dla Katie, od Jacoba". Chyba byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Ale wtedy zorientowałam się, ze za pięć minut skończy się lekcja biologii, a ja siedziałam nad sprawdzianem, na którym nie napisałam ani słowa.
Świetny rozdział, już mi się podoba ta historia <3 Czytam kolejne rozdziały :)
OdpowiedzUsuń