Wczoraj miałam ogromnego farta. Bo gdy wróciłam do domu zadyszana, mokra i spóźniona, to taty akurat nie było. Był na piwie u kolegi. Zdążyłam się ogarnąć nim przyszedł.
Pił z sąsiadami. Jak ja go nienawidzę! Pobił Jamesa... Jak mógł to zrobić mojemu przyjacielowi? Jego wujek nawet nie reagował... Jeszcze podsycał bójkę. Ale co mógł zrobić taki lichy 16 latek w bójce z potężnym mężczyzną? Ja wiem dobrze na co go stać. Nie wiem, co dokładnie tam się stało i nie chcę wiedzieć. Jestem zbyt wrażliwa. Postanowiłam, ze po lekcjach odwiedzę mojego przyjaciela, aby uciszyć wyrzuty sumienia.
Pierwsza matematyka, kartkówka. Tak strasznie mi smutno. Podczas, gdy w najlepsze byłam na wagarach i spędzałam czas z moim ukochanym,mój tato wyżywał się na moim najlepszym przyjacielu.
Jacob zaprosił mnie na swój dzisiejszy mecz. Jestem dziewczyną kapitana drużyny. Po raz pierwszy w zasadzie nie będę musiała siedzieć na trybunach, lecz na ławce rezerwowych. Obiecał mi to. Podobno tam lepiej widać. Ale mało kogo tam wpuszczają oprócz graczy. Widać musi być kimś, skoro mu pozwolili kogoś wprowadzić tam.
Ale ja przecież bardzo dobrze wiem, ze on jest kimś. Dla mnie jest wręcz wszystkim. A jeśli teraz odejdzie, zabierze ze sobą cały mój świat, zostanę z niczym. Ale nie odejdzie. Ufam mu, gdy mówi, że kocha. Ale z drugiej strony poza mną jest tyle ładnych dziewczyn...
Niecierpliwie przetrwałam lekcje myśląc o nim i wysłuchując narzekania nauczycieli na mnie. Mówią, że się stoczyłam. Że mnie nie poznają. Że przestałam się uczyć. Do tego momentu jeszcze się z nimi zgodzę. Ale bezpodstawnie próbują mi wmówić, że palę papierosy, czy biorę narkotyki, ale to nie jest prawdą. Kiedy dziś nauczycielka od matmy kłóciła się ze mną o to, każąc mi się przyznać do czegoś, czego nie zrobiłam, wysłała mnie do dyrektora.
Dyrektor, w sumie fajny gość. Wszyscy nas nim tak straszą, ale według mnie był miły. Przecież to też człowiek. Zaparzył mi herbatę i postawił przede mną ciasteczka. Nie trzeba było mu długo tłumaczyć. Powiedziałam tylko, że to wszytko nieporozumienie, mam problemy w domu (co w sumie nie mija się z prawdą) i nie mam kiedy się uczyć. Szybko mi uwierzył.
Jak to dobrze, że dzisiaj szkołę kończę szybciej. Tacie i tak powiedziałam, ze mam siedem lekcji. Na wszelki wypadek dopisałam na planie lekcji jakieś przypadkowe przedmioty. Musiał uwierzyć.
Kiedy na ostatniej lekcji do dzwonka pozostało pięć minut, ja wręcz kipiałam z ekscytacji. Każda minuta mi się dłużyła, a ja wierciłam się i nie mogłam skupić. On teraz miał mini trening przed meczem. To podobno był bardzo ważny mecz. Od niego zależało, czy Jacob dostanie się do narodowej drużyny juniorów. Przynajmniej do castingu, potem się okaże reszta. A ja mu będę ostro kibicowała. Musi mu się udać!
Kiedy wreszcie rozbrzmiał się zbawienny dzwonek, ja od razu wybiegłam z klasy. Miałam gdzieś fakt, że nauczycielka się wściekła na mnie, bo jeszcze nie skończyła lekcji i nie zadała zadania domowego. Trudno.
Biegłam przez korytarz torując sobie drogę między uczniami, którzy już wyszli na przerwę. niektórzy sfrustrowani krzyczeli za mną "uważaj jak leziesz", ale ja to ignorowałam. Błagałam tylko w myślach, abym zdążyła na początek, bo potem mogą mnie tam nie wpuścić.
Wbiegłam do szatni i szybko przebrałam buty. Do wyjścia. Szybko! Zaczęłam niecierpliwie liczyć przeskakiwane stopnie: dwa, cztery, sześć, osiem... Do wyjścia...
Ku mojej uldze zdążyłam. Ledwo przekroczyłam drzwi budynku, a już go zauważyłam. Uśmiechnął się do mnie. Jego twarz była spięta, zestresowana. Podeszłam do niego.
-Nie bój się, to tylko mecz!- Powiedziałam.
-Ale jaki ważny! A jak mi coś nie pójdzie?!
-Spokojnie, wszystko będzie dobrze, jeśli będziesz pozytywnie myślał. Kiedy będziesz myślał tylko o swojej porażce, będziesz się zbliżał ku przegranej. Nie wygrasz, jeśli nie będziesz pewny zwycięstwa. Zwycięstwo zaczyna się w naszej głowie.
Wprowadził mnie do miejsca, w którym miałam spędzić jeszcze dwie godziny. Usiadłam i cierpliwie czekałam na początek meczu, który nie nastąpił szybko. Patrzyłam jak przebiegali boisko w poprzek wymachując rękami w przód i w tył.
W końcu razem z przeciwnikami ustawili się na swoich pozycjach. Znaczy chyba, nigdy aż do teraz nie interesowałam się koszykówką. Nie interesowałam się nią, dopóki pewien chłopak nie nadał jej sensu. Bo ta gra nagle stała się czymś więcej, niż tylko spoconymi facetami próbującymi wrzucić dużą, pomarańczową piłkę do kosza.
Niecierpliwie oczekując na gwizdek sędziego, Jacob popatrzył na mnie. Uśmiechnęłam się do niego pokrzepiająco. I właśnie wtedy rozpoczęła się gra.
Piłkę aktualnie mięli przeciwnicy. Szczerze, to nie potrafię opisać, co wtedy się działo, bo dla mnie, kogoś, kto nie zna reguł i zasad, to szczególnie trudne zadanie. Ale przypomina mi się z wf'ów coś. Odbijanie piłka od ziemi, to chyba było kozłowanie, czy coś takiego.
Nagle poczułam się głupio. Wiedziałam tak mało o pasji mojego ukochanego.
Jego drużyna próbowała odbić pomarańczową kulkę. Ale kiepsko im wychodziło. Jakiś dwumetrowy niebieski gracz drużyny przeciwnej rzucił w kierunku kosza. Jego rzut był bezbłędny i trafiony.
-Lwy do boju!!!- Krzyczałam razem z kibicami. Pierwsza piłka już przegrana. Ale nie mogą dać się tak szybko pokonać.
Jacob stanął na środku i rzucił piłkę do swojego kolegi. Byłam pełna podziwu, gdy ten złapał ją jedną ręką. Bo ja, w porównaniu z nim, byłam kiepska z wf'u. Mi było trudno złapać piłkę nawet oburącz.
Przeszedł trzy kroki i przekazał piłkę zawodnikowi z numerem 5. Tamten zaczął biec i kozłować równocześnie. Podał piłkę Jacobowi. Ten zręcznie ją złapał. Już miał strzelić kosza, ale przeciwnik zablokował mu rzut. Nawet nie wiem, w którym momencie przejęli piłkę. Byłam trochę zawiedziona.
Gdy orły strzeliły lwom już pięć koszów, zaczęłam się niepokoić. Wkurzony trener ściągnął Jacoba z boiska. Zaczął na niego krzyczeć. Był wściekły. To był taki ważny mecz dla wszystkich, a ten, który był najlepszy z nich wszystkich tak po prostu zawodził. Dla niego to musiała być ogromna presja.
Gdy skończył słuchać wywodu, usiadł smutny na ławce. Dosiadłam się obok niego.
-Hej, co jest?- Zapytałam. Popatrzyłam na boisko. Co prawda naszym udało się rzucić parę koszy, ale z tego co widziałam, byliśmy ostro w tyle. Było dużo zaległości do nadrobienia.
-Nie, nie dam rady. Wszyscy tam siedzą, widzą wszystkie moje błędy jednocześnie licząc na mnie. Wszyscy na mnie liczą. Ale mi się nie udaje.
-Hej, pamiętasz? Jeśli będziesz myślał negatywnie, to sytuacja na boisku nie będzie wyglądać zbyt korzystnie. Weź się po prostu w garść. Umiesz grać, widziałam tysiąc razy, jak bezwzględnie rozmiażdżałeś przeciwników. Co się stało z moim Jacobem?
-Masz rację. Przeproszę trenera, może jeszcze wpuści mnie na boisko.
-Trzymam kciuki.
Z uwielbieniem patrzyłam na mojego chłopaka wracającego do drużyny. Zaczął dobrze grać i mimo roztargnienia drużyny jakoś udało mu się nadrobić stracone punkty. No, może jeszcze nie było remisu, ale doganiał ich.
Był naprawdę świetny. Potrafił przebiec sam całe boisko z piłką, której nikt mu nie potrafił zabrać. Do tej pory trafił każdy rzut. Krzyczałam chyba głośniej niż ludzie na trybunach. A było ich sporo.
Z tego, co powiedział mi jego kolega z drużyny, który tak jak ja siedział na ławce rezerwowcyh, mecz zbliżał się końca. Wytłumaczył mi, ze choć są jeszcze dwa punkty do nadrobienia (w zasadzie cztery, bo jeden do wygrania, a podczas, gdy on to mówił przeciwnicy zdążyli wrzucić jeszcze jednego kosza).
Jacob podał do numery 18, który od razu mu oddał piłkę. Szybko podbiegł i rzucił gola. Zdobył dwa punkty. Jeszcze dwa do wygrania. Zdenerwowani przeciwnicy rozpoczęli grę od środka. Do końca meczu zostało jeszcze dziesięć sekund. Mój chłopak szybko odbił piłkę. Pięć sekund, nie zdąży dobiec. Wyrzucił szybko piłkę kierując ją w stronę kosza. Pełna emocji widziałam to jakby film w zwolnionym tempie. Piłka zbliżała się do celu. Odbiła się od obręczy i upadła na ziemię. Jacob chybił. Ogłuszył mnie dźwięk ogłaszający, że mecz się skończył. Lwy przegrały.
Orły skakały i cieszyły się z wygranej. Nasi chłopcy byli zdenerwowani. Mój chłopak leżał na ziemi i wyglądał, jakby się miał zaraz rozpłakać. Wiem, to był ważny mecz. Ale dał radę, był dzielny. I tak wiele punktów nadrobił. Po prostu zjadł ich stres. Bo przecież nie raz wygrali z orłami.
Nim jeszcze nasi weszli do szatni, szybko złapałam Jacoba.
-Byłeś świetny!- Pochwaliłam go. Uśmiechnęłam się do niego promiennie. On jednak był smutny.
-Przegraliśmy. Przeze mnie. To ja oddałem ostatni rzut.
-Nie, to wcale nie tak, że to było przez ciebie. Nie byłeś jedyny w tym zespole. Odwaliłeś kawał dobrej roboty nadganiając 20 punktów. Pewnie nikt oprócz ciebie nie dałby rady. Wygrałeś wewnętrzną walkę.- Popatrzyłam na zegarek, który wisiał na ścianie. Za pięć czternasta. Musiałam szybko wracać do domu.- Przepraszam, ja muszę już iść. Na prawdę byłeś świetny!
I pobiegłam do domu. Odgrzałam tacie szybko obiad. Tym razem odrobiłam lekcje i nauczyłam się na sprawdzian z niemieckiego. Kiedy skończyłam był już wieczór. Umyłam się i położyłam się spać.
Nagle ponownie wypełniły mnie emocje z całego dnia i już wiedziałam, że tak szybko nie usnę. Ponownie przeżywałam każdy kosz, który rzucił Jacob. I ten ostatni, który mu się nie udał. Dla mnie i tak był zwycięzcą.
Niespodziewanie do mojego pokoju wtoczył się pijany ojciec. Nie miałam zielonego pojęcia co mógł w tej chwili ode mnie chcieć. Wystraszyłam się. Bardzo rzadko przekraczał próg tego pomieszczenia. Widywał mnie w momentach, gdy wracałam ze szkoły, szłam do kuchni, czy do łazienki. Mój pokój był moją fortecą. Oddzielnym państwem. A on przekroczył granicę.
-Dzwonili ze szpitala.- Powiedział swoim odmienionym przez alkohol głosem.
***
Przepraszam za moją długa nieobecność. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Postanowiłam, że nie dodam kolejnego, jeżeli nie będzie tutaj przynajmniej pięciu komentarzy. Bo mam wrażenie, że nikt nie czyta moich wypocin, nad którymi się na prawdę napracowałam.