Muzyka

czwartek, 9 października 2014

6 rozdział

Wciąż wspominałam wczorajszy dzień. Ta niewypaloną randkę. Czułam niedosyt. Czegoś mi brakowało, ja wszystko zepsułam. Cholera. Ja nic nie umiem, nawet rozmawiać tak, żeby mu się nie zrobiło smutno. Ale i tak potrafiłam mu polepszyć humor, więc to się tak jakby zeruje, mam nadzieję?

Wczoraj miałam ogromnego farta. Bo gdy wróciłam do domu zadyszana, mokra i spóźniona, to taty akurat nie było. Był na piwie u kolegi. Zdążyłam się ogarnąć nim przyszedł.

Pił z sąsiadami. Jak ja go nienawidzę! Pobił Jamesa... Jak mógł to zrobić mojemu przyjacielowi? Jego wujek nawet nie reagował... Jeszcze podsycał bójkę. Ale co mógł zrobić taki lichy 16 latek w bójce z potężnym mężczyzną? Ja wiem dobrze na co go stać. Nie wiem, co dokładnie tam się stało i nie chcę wiedzieć. Jestem zbyt wrażliwa. Postanowiłam, ze po lekcjach odwiedzę mojego przyjaciela, aby uciszyć wyrzuty sumienia.

Pierwsza matematyka, kartkówka. Tak strasznie mi smutno. Podczas, gdy w najlepsze byłam na wagarach i spędzałam czas z moim ukochanym,mój tato wyżywał się na moim najlepszym przyjacielu.

Jacob zaprosił mnie na swój dzisiejszy mecz. Jestem dziewczyną kapitana drużyny. Po raz pierwszy w zasadzie nie będę musiała siedzieć na trybunach, lecz na ławce rezerwowych. Obiecał mi to. Podobno tam lepiej widać. Ale mało kogo tam wpuszczają oprócz graczy. Widać musi być kimś, skoro mu pozwolili kogoś wprowadzić tam.

Ale ja przecież bardzo dobrze wiem, ze on jest kimś. Dla mnie jest wręcz wszystkim. A jeśli teraz odejdzie, zabierze ze sobą cały mój świat, zostanę z niczym. Ale nie odejdzie. Ufam mu, gdy mówi, że kocha. Ale z drugiej strony poza mną jest tyle ładnych dziewczyn...

Niecierpliwie przetrwałam lekcje myśląc o nim i wysłuchując narzekania nauczycieli na mnie. Mówią, że się stoczyłam. Że mnie nie poznają. Że przestałam się uczyć. Do tego momentu jeszcze się z nimi zgodzę. Ale bezpodstawnie próbują mi wmówić, że palę papierosy, czy biorę narkotyki, ale to nie jest prawdą. Kiedy dziś nauczycielka od matmy kłóciła się ze mną o to, każąc mi się przyznać do czegoś, czego nie zrobiłam, wysłała mnie do dyrektora.

Dyrektor, w sumie fajny gość. Wszyscy nas nim tak straszą, ale według mnie był miły. Przecież to też człowiek. Zaparzył mi herbatę i postawił przede mną ciasteczka. Nie trzeba było mu długo tłumaczyć. Powiedziałam tylko, że to wszytko nieporozumienie, mam problemy w domu (co w sumie nie mija się z prawdą) i nie mam kiedy się uczyć. Szybko mi uwierzył.

 Jak to dobrze, że dzisiaj szkołę kończę szybciej. Tacie i tak powiedziałam, ze mam siedem lekcji. Na wszelki wypadek dopisałam na planie lekcji jakieś przypadkowe przedmioty. Musiał uwierzyć.

Kiedy na ostatniej lekcji do dzwonka pozostało pięć minut, ja wręcz kipiałam z ekscytacji. Każda minuta mi się dłużyła, a ja wierciłam się i nie mogłam skupić. On teraz miał mini trening przed meczem. To podobno był bardzo ważny mecz. Od niego zależało, czy Jacob dostanie się do narodowej drużyny juniorów. Przynajmniej do castingu, potem się okaże reszta. A ja mu będę ostro kibicowała. Musi mu się udać!

Kiedy wreszcie rozbrzmiał się zbawienny dzwonek, ja od razu wybiegłam z klasy. Miałam gdzieś fakt, że nauczycielka się wściekła na mnie, bo jeszcze nie skończyła lekcji i nie zadała zadania domowego. Trudno.

Biegłam przez korytarz torując sobie drogę między uczniami, którzy już wyszli na przerwę. niektórzy sfrustrowani krzyczeli za mną "uważaj jak leziesz", ale ja to ignorowałam. Błagałam tylko w myślach, abym zdążyła na początek, bo potem mogą mnie tam nie wpuścić.

Wbiegłam do szatni i szybko przebrałam buty. Do wyjścia. Szybko! Zaczęłam niecierpliwie liczyć przeskakiwane stopnie: dwa, cztery, sześć, osiem... Do wyjścia...

Ku mojej uldze zdążyłam. Ledwo przekroczyłam drzwi budynku, a już go zauważyłam. Uśmiechnął się do mnie. Jego twarz była spięta, zestresowana. Podeszłam do niego.

-Nie bój się, to tylko mecz!- Powiedziałam.

-Ale jaki ważny! A jak mi coś nie pójdzie?!

-Spokojnie, wszystko będzie dobrze, jeśli będziesz pozytywnie myślał. Kiedy będziesz myślał tylko o swojej porażce, będziesz się zbliżał ku przegranej. Nie wygrasz, jeśli nie będziesz pewny zwycięstwa. Zwycięstwo zaczyna się w naszej głowie.

Wprowadził mnie do miejsca, w którym miałam spędzić jeszcze dwie godziny. Usiadłam i cierpliwie czekałam na początek meczu, który nie nastąpił szybko. Patrzyłam jak przebiegali boisko w poprzek wymachując rękami w przód i w tył.

W końcu razem z przeciwnikami ustawili się na swoich pozycjach. Znaczy chyba, nigdy aż do teraz nie interesowałam się koszykówką. Nie interesowałam się nią, dopóki pewien chłopak nie nadał jej sensu. Bo ta gra nagle stała się czymś więcej, niż tylko spoconymi facetami próbującymi wrzucić dużą, pomarańczową piłkę do kosza.

Niecierpliwie oczekując na gwizdek sędziego, Jacob popatrzył na mnie. Uśmiechnęłam się do niego pokrzepiająco. I właśnie wtedy rozpoczęła się gra.

Piłkę aktualnie mięli przeciwnicy. Szczerze, to nie potrafię opisać, co wtedy się działo, bo dla mnie, kogoś, kto nie zna reguł i zasad, to szczególnie trudne zadanie. Ale przypomina mi się z wf'ów coś. Odbijanie piłka od ziemi, to chyba było kozłowanie, czy coś takiego.

Nagle poczułam się głupio. Wiedziałam tak mało o pasji mojego ukochanego.

Jego drużyna próbowała odbić pomarańczową kulkę. Ale kiepsko im wychodziło. Jakiś dwumetrowy niebieski gracz drużyny przeciwnej rzucił w kierunku kosza. Jego rzut był bezbłędny i trafiony.

-Lwy do boju!!!- Krzyczałam razem z kibicami. Pierwsza piłka już przegrana. Ale nie mogą dać się tak szybko pokonać.

Jacob stanął na środku i rzucił piłkę do swojego kolegi. Byłam pełna podziwu, gdy ten złapał ją jedną ręką. Bo ja, w porównaniu z nim, byłam kiepska z wf'u. Mi było trudno złapać piłkę nawet oburącz.

Przeszedł trzy kroki i przekazał piłkę zawodnikowi z numerem 5. Tamten zaczął biec i kozłować równocześnie. Podał piłkę Jacobowi. Ten zręcznie ją złapał. Już miał strzelić kosza, ale przeciwnik zablokował mu rzut. Nawet nie wiem, w którym momencie przejęli piłkę. Byłam trochę zawiedziona.

Gdy orły strzeliły lwom już pięć koszów, zaczęłam się niepokoić. Wkurzony trener ściągnął Jacoba z boiska. Zaczął na niego krzyczeć. Był wściekły. To był taki ważny mecz dla wszystkich, a ten, który był najlepszy z nich wszystkich tak po prostu zawodził. Dla niego to musiała być ogromna presja.

Gdy skończył słuchać wywodu, usiadł smutny na ławce. Dosiadłam się obok niego.

-Hej, co jest?- Zapytałam. Popatrzyłam na boisko. Co prawda naszym udało się rzucić parę koszy, ale z tego co widziałam, byliśmy ostro w tyle. Było dużo zaległości do nadrobienia.

-Nie, nie dam rady. Wszyscy tam siedzą, widzą wszystkie moje błędy jednocześnie licząc na mnie. Wszyscy na mnie liczą. Ale mi się nie udaje.

-Hej, pamiętasz? Jeśli będziesz myślał negatywnie, to sytuacja na boisku nie będzie wyglądać zbyt  korzystnie. Weź się po prostu w garść. Umiesz grać, widziałam tysiąc razy, jak bezwzględnie rozmiażdżałeś przeciwników. Co się stało z moim Jacobem?

-Masz rację. Przeproszę trenera, może jeszcze wpuści mnie na boisko.

-Trzymam kciuki.

Z uwielbieniem patrzyłam na mojego chłopaka wracającego do drużyny. Zaczął dobrze grać i mimo roztargnienia drużyny jakoś udało mu się nadrobić stracone punkty. No, może jeszcze nie było remisu, ale doganiał ich.

Był naprawdę świetny. Potrafił przebiec sam całe boisko z piłką, której nikt mu nie potrafił zabrać. Do tej pory trafił każdy rzut. Krzyczałam chyba głośniej niż ludzie na trybunach. A było ich sporo.

Z tego, co powiedział mi jego kolega z drużyny, który tak jak ja siedział na ławce rezerwowcyh, mecz zbliżał się końca. Wytłumaczył mi, ze choć są jeszcze dwa punkty do nadrobienia (w zasadzie cztery, bo jeden do wygrania, a podczas, gdy on to mówił przeciwnicy zdążyli wrzucić jeszcze jednego kosza).

Jacob podał do numery 18, który od razu mu oddał piłkę. Szybko podbiegł i rzucił gola. Zdobył dwa punkty. Jeszcze dwa do wygrania. Zdenerwowani przeciwnicy rozpoczęli grę od środka. Do końca meczu zostało jeszcze dziesięć sekund. Mój chłopak szybko odbił piłkę. Pięć sekund, nie zdąży dobiec. Wyrzucił szybko piłkę kierując ją w stronę kosza. Pełna emocji widziałam to jakby film w zwolnionym tempie. Piłka zbliżała się do celu. Odbiła się od obręczy i upadła na ziemię. Jacob chybił. Ogłuszył mnie dźwięk ogłaszający, że mecz się skończył. Lwy przegrały.

Orły skakały i cieszyły się z wygranej. Nasi chłopcy byli zdenerwowani. Mój chłopak leżał na ziemi i wyglądał, jakby się miał zaraz rozpłakać. Wiem, to był ważny mecz. Ale dał radę, był dzielny. I tak wiele punktów nadrobił. Po prostu zjadł ich stres. Bo przecież nie raz wygrali z orłami.

Nim jeszcze nasi weszli do szatni, szybko złapałam Jacoba.

-Byłeś świetny!- Pochwaliłam go. Uśmiechnęłam się do niego promiennie. On jednak był smutny.


-Przegraliśmy. Przeze mnie. To ja oddałem ostatni rzut.

-Nie, to wcale nie tak, że to było przez ciebie. Nie byłeś jedyny w tym zespole. Odwaliłeś kawał dobrej roboty nadganiając 20 punktów. Pewnie nikt oprócz ciebie nie dałby rady. Wygrałeś wewnętrzną walkę.- Popatrzyłam na zegarek, który wisiał na ścianie. Za pięć czternasta. Musiałam szybko wracać do domu.- Przepraszam, ja muszę już iść. Na prawdę byłeś świetny!

I pobiegłam do domu. Odgrzałam tacie szybko obiad. Tym razem odrobiłam lekcje i nauczyłam się na sprawdzian z niemieckiego. Kiedy skończyłam był już wieczór. Umyłam się i położyłam się spać.

Nagle ponownie wypełniły mnie emocje z całego dnia i już wiedziałam, że tak szybko nie usnę. Ponownie przeżywałam każdy kosz, który rzucił Jacob. I ten ostatni, który mu się nie udał. Dla mnie i tak był zwycięzcą.

Niespodziewanie do mojego pokoju  wtoczył się pijany ojciec. Nie miałam zielonego pojęcia co mógł w tej chwili ode mnie chcieć. Wystraszyłam się. Bardzo rzadko przekraczał próg tego pomieszczenia. Widywał mnie w momentach, gdy wracałam ze szkoły, szłam do kuchni, czy do łazienki. Mój pokój był moją fortecą. Oddzielnym państwem. A on przekroczył granicę.

-Dzwonili ze szpitala.- Powiedział swoim odmienionym przez alkohol głosem.

***
Przepraszam za moją długa nieobecność. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Postanowiłam, że nie dodam kolejnego, jeżeli nie będzie tutaj przynajmniej pięciu komentarzy. Bo mam wrażenie, że nikt nie czyta moich wypocin, nad którymi się na prawdę napracowałam.

wtorek, 23 września 2014

5 rozdział

Byłam bardzo zaciekawiona gdzie mnie zabierze. Wyobrażałam sobie wiele. On jednak zaczął mnie oprowadzać po swoim podwórku. Zawstydziłam się. Miał ogromny basen, duży piękny ogród z kwiatami, mały budynek, w środku którego znajdowała się mini siłownia. Sądząc po jego pięknej muskulaturze korzystał z niej przynajmniej raz w tygodniu.

On uśmiechał się chodząc ze mną po całej posiadłości i pokazując mi wszystko, co posiada. Ja jednak czułam zażenowanie. Nie posiadałam nawet jednej czwartej tego, co on. Jednak pomimo tego, jak głupio się czułam odwzajemniałam niepewnie uśmiech.

Kiedy w końcu zauważył że mi trochę nie odpowiada jego zachowanie, przystopował. Złapał mnie za rękę.

-Chodź.- Oznajmił. Zauważyłam, że jego zapał ostygł. Zaciekawiło mnie czemu. Może jednak udawałam za mało zainteresowaną. A on prowadził mnie. Przekroczyliśmy jego bramę. Popatrzyłam na niego zdziwionym wzrokiem.- Idziemy na spacer.

Wyluzowałam się. Zaczął mnie prowadzić w stronę lasu. Weszliśmy w dróżkę, której nigdy wcześniej nie zauważyłam.

-Skąd ona się tu wzięła?- Zapytałam. Bo zdziwiło mnie, że pomimo, że mieszkam w tej okolicy nie wiedziałam, że ona tu istnieje i dokąd prowadzi.


-Wiesz, tak szczerze mówiąc, ten las, ogólnie dużo miejsc jest w własnością mojej rodziny. Mimo wszystko inni i tak tędy łażą, więc postaraliśmy się zasadzić tu parę drzew, żeby nie było widać tej dróżki. Jak widać- podziałało.

-A dokąd prowadzi?- Zapytałam zaciekawiona.

-Do jeziora. Uwielbiam tam przesiadywać, szczególnie kiedy łowimy tam z tatą ryby, wiesz, tak dla rozrywki, co złowimy to z powrotem do rzeki. Z tym miejsce mam wiele wspomnień.


-Tak? Naprawdę? Jakie?- Zapytałam.


-W gorące dni skakałem z Prim na sznurku do wody. Pamiętam jak tato się namęczył, aby wejść na drzewo i ten sznur tam zawiesił. Przy okazji zrobił huśtawkę z opony. Bo mimo, że było nas stać na coś lepszego, chciał nam dać kawałek zwyczajnego dzieciństwa.- Jacob uśmiechnął się do swoich wspomnień, mnie zaś objęła zazdrość.

-Kto to jest Prim!?- Naburmuszyłam się trochę. Więc jeżeli miał tam dobre wspomnienia z jakąś dziewczyną, ja po prostu będę następną. Usłyszawszy moje pytanie, chłopak uśmiechnął się krzywo. Jakbym poruszała niechciany przez niego temat.

-Tak na imię miała moja siostra.- Nagle zrobiło mi się strasznie głupio. Znów niechcący poruszyłam ten temat. Ale postanowiłam już dokończyć ten temat, aby nie popełnić tej samej gapy po raz drugi.

-Co się właściwie z nią stało?- Popatrzyłam w jego smutną twarz, a potem spuściłam wzrok. Dziwnie się czułam. On milczał. Nie powinnam o to pytać, ale trudno, nie odwrócę czasu. Ze smutkiem zaczęłam liczyć moje kroki. Raz- dwa. Raz- dwa. Nie wiem, jak daleko było jeszcze do naszego celu, ale ale wiedziałam, że muszę szybko zmienić temat, nim przestaniemy dzisiaj rozmawiać w ogóle. Ale nim coś wymyśliłam, on jednak odpowiedział drżącym głosem.

-Ona... Tak mi jej cholernie brakuje!- Stanął, a ja razem z nim. Po jego policzku spłynęła łza. Przytuliłam go. Chciałam zakończyć ten temat, jak ochłonie. Nie potrzebnie się zapytałam. Smutek sprawił, że już mi się nic nie chciało.- Ona od nas odeszła, tak po prostu. Nie chciało jej się już żyć. Zabiję gnoja!

Nagle przestałam już rozumieć cokolwiek. Co tak właściwie się stało? Nie chciałam się pytać, bałam się jego reakcji.

Puściłam go z objęć.

-Więc co właściwie się stało?- To pytanie samo wymsknęło się z moich ust. Znienawidziłam się za to.

-Była bardzo zakochana, codziennie przychodziła szczęśliwa ze szkoły i nikt nie potrafił jej zepsuć humoru. Jej dobre samopoczucie trwało przez trzy lata. Bardzo długo, nawet jak na związek z takim stażem. Aż do pewnego dnia. Coś się stało. gdy wypatrując ją przez okno zauważyłem, że idzie smutna, taka... inna, niż zawsze. Płakała. A ja wtedy byłem smarkaczem i niczego nie rozumiałem. Gdy po nią wybiegłem przed dom, szybko otarła policzki i uśmiechnęła się do mnie szeroko. Ale jej oczy były inne, niż zawsze. Pomimo mojego szczenięcego wieku, od razu zauważyłem różnicę. Gdy zapytałem, powiedziała, że przecież nic się nie stało. Ale zmieniła się. Stała się taka... sztuczna. Od tamtego dnia już nigdy się nie uśmiechnęła tak prawdziwie. Raz wszedłem do jej pokoju, a ona miała całe zakrwawione ręce. Przeraziłem się, wtedy nie rozumiałem, a ona zaczęła na mnie krzyczeć przez łzy, żebym ją zostawił, no to ją zostawiłem.

-Jejku... Wykrwawiła się?- Było mi cholernie smutno. Nie wiedziałam, ze takie rzeczy spotykają na pozór szczęśliwych ludzi. Mięli wszystko, pieniądze, dobrych rodziców, dużo talentów i urodę. A jednak to nie wszystko...

-Nie, nie wykrwawiła się. O tej sprawie nie powiedziałem rodzicom, ale oni i tak wiedzieli. Mama popłakiwała. Tata wiecznie chodził spięty i rozczulał się nad nią. Nagle zaczęli zwracać więcej uwagi niż zwykle, nie chcieli, żeby coś się stało, chodź wiedzieli, że to nieuniknione. Prim doceniała ich starania, ale z każdym dniem coraz bardziej się od nas odsuwała. Aż raz odsunęła się już na zawsze.- Przeraziłam się. Dostałam gęsiej skórki.- Popełniła samobójstwo. Powiesiła się.

Nie wiedziałam co powiedzieć. Zabrakło mi słów. To było takie straszne. Jednym z najgorszych przeżyć jest chyba właśnie to, gdy tracisz kogoś, kogo kochasz.

W ciszy dotarliśmy na miejsce. Moim oczom okazało się duże jezioro. Wyobraziłam sobie kąpiących się tam Jacoba i Prim. Dwójka szczęśliwych dzieci. Najlepszy okres w życiu, który w końcu został przerwany nieszczęśliwą miłością dziewczynki.

Mój chłopak podszedł od tyłu i mnie przytulił. Przekręciłam głowę i zobaczyłam uśmiech na jego twarzy. Bo przecież Prim to nie tylko ta smutna dziewczyna, była tez kiedyś szczęśliwym dzieckiem korzystającym z życia.

-Widzę, ze się dzisiaj bardzo ładnie ubrałaś.- Jego uśmiech na twarzy bardzo się poszerzył.

-Dziękuj...- Jacob wziął mnie na ręce i zaczął ze mną biegnąć.-AAAAA!, co ty robisz?

Nim zorientowałam się, co ma zamiar począć, on wrzucił mnie do wody. Moje ciało ogarnął przerażający chłód.Woda przemoczyła mnie do suchej nitki. To nie było miłe.

-Co ty zrobiłeś, debilu!?- Nagle zewsząd było słychać jego głośny śmiech. Wybiegłam z wody i złapałam go za rękę. Nim zdążył się zaprzeć nogami, wylądował w wodzie. Zaczęliśmy się chlapać. A wtedy coś sobie przypomniałam.- Czekaj!

-Co czekaj, wojna, to wojna!- Uderzył pięścią w wodę, a ta prysnęła na mnie. Wrzasnęłam, gdy poczułam wodę na sobie.

-Ale poczekaj, która godzina? Po na drugą mam być w domu.- Jacob wyszedł z wody. Wiem, że pewnie dalej by się ze mną dręczył, ale chyba musiał zobaczyć moją przerażoną twarz, że poszedł sprawdzić, która jest. 

-Za dwadzieścia druga.

No pięknie. Jestem na wagarach trzy kilometry od domu, na dodatek koło jeziorka, a naokoło jest las. A ja cała przemoczona.

-Przepraszam, ale ja muszę iść!

Wiem, ze go rozczarowałam, ale przeraźliwie bałam się ojca. Miałam tylko nadzieję, że zdążę wrócić przed czasem, a on nie zauważy w jakim jestem stanie.

Dałam mu buziaka w policzek i pobiegłam w stronę domu zostawiając go rozczarowanego.

wtorek, 9 września 2014

4 rozdział

Nasze złączone ręce kołysały się między nami. W tym momencie byłam najszczęśliwszą dziewczyną na tej ziemi. Popatrzyłam w zielone oczy Jacoba. zaraz, zielone?! Pewnie założył soczewki.

-Gdzie my tak właściwie idziemy?- Słysząc moje pytanie Jacob uśmiechnął się tajemniczo. Ale mimo to, odpowiedział.

-Idziemy do mnie. Chcesz zobaczyć jak mieszkam?- Kiwnęłam głową, że tak. Ale naraz wstąpiło we mnie wiele obaw. A jeżeli będzie chciał zobaczyć jak ja mieszkam? Jeżeli będzie chciał poznać moich rodziców?Mam nadzieję, ze nie. Nie poznam go przecież z moim brutalnym ojcem. A mama leży w szpitalu, a ja nawet nie wiem, co z nią jest. Tak się cholernie martwię! Dobrze wiem, co mój ojciec potrafi...

Stanęliśmy przed ogromną willą. Poczułam ukłucie zazdrości. Ja nigdy tak nie mieszkałam, nigdy nie miałam luksusów. Mi życie dało prawdziwy wycisk. Właściwie pierwszy raz będę w środku takiego domu.

-To tutaj?- zapytałam. Uśmiechnął się. Kiwnął głową, ze tak. Jej! Ten dom był ogromny, biały i wręcz cudowny! I wystawał kawałek basenu, który musiał być z tyłu. Jacob żył w takich luksusach. Ja zaś jestem zwyczajną wieśniarą... Czuję się głupio. Zachciałam naraz wracać do szkoły. Ja tutaj nie pasuję.

-Chodź!- powiedział władczym tonem. Od razu zapomniałam, że jeszcze chwilę temu chciałam uciekać.

Weszliśmy do dużego, pięknego pomieszczenia. Uderzyło mnie, że chłopak nie powiedział kulturalnego "nie ściągaj butów". No, trudno. Widać nie wychowywano go tak, jak mnie. w zasadzie jeśli bym nieźle zabłociła, to teren do odkurzania byłby za wielki.

-Chodź tu Jacob, razem z Kate.- Usłyszałam miły głos kobiety. Zdziwiłam się. Kto to mógł powiedzieć? Nikt nie wiedział, ze poszliśmy na wagary, w zasadzie Jacob nawet nie miał czasu kiedy to komuś powiedzieć, bo sam nie wiedział, że nie pójdzie do szkoły. A po za tym skąd ta kobieta zna moje imię? Nagle strach mnie sparaliżował.

-Już idziemy, mamo!- Mamo? To nie było logiczne. To nie była zła, ze jej syn poszedł na wagary? I skąd wiedziała, że ja to Kate?

Pokonaliśmy dwa luksusowe pomieszczenia i znaleźliśmy się w czymś, co nazwałabym kuchnią. Stała tam kobieta wyglądająca, jakby miała ze czterdzieści lat. Uśmiechnęła się przyjaźnie.

Przedstawiła mi się. Ja jej również, ale miałam wrażenie, że skądś mnie zna, choć nie miałam pojęcia skąd. Usiadłam z Jacobem przy stole. Jego mama wciąż stała przy blacie i piła wodę ze szklanki. Nagle zaczęła się intensywnie we mnie wpatrywać. Jej mina momentalnie zbladła. Zrobiła ogromne oczy. Nie wiedziałam, co się dzieje. Spojrzałam na Jacoba. Patrzył rozkojarzony na matkę, jakby zastanawiał się, o czym ona myśli.Znów popatrzyłam na mocno wpatrzoną we mnie matkę Jacoba. Miała otwarte oczy pełne strachu.

Nagle puściła szklankę z wodą na podłogę, lecz nie zwróciła na to uwagi. Poderwałam się i podeszłam. Nagle kobieta ocknęła się, jakby wyszła z transu.

-Posprzątam!- Rzuciłam. Popatrzyła na podłogę.Uśmiechnęła się do mnie słabo.

-Nie, dam sobie radę, idźcie z Jacobem do jego pokoju.- Powiedziała pani Summer.

-Mamo, wszystko w porządku?- Zaniepokoił się chłopak. Miał zobojętniałą minę. On chyba wiedział co się stało. Dla mnie to było tajemnicą. Ciekawość gryzła mnie i nie przestawała.

-Jest dobrze, synku. Idźcie do siebie, ja posprzątam. Nie zwracajcie na mnie uwagi. Po prostu coś dziwnego zobaczyłam, nie przejmuj się, jest dobrze. Idźcie. Już.- Powiedziała roztrzepana. Co było we mnie takiego dziwnego, ze aż upuściła szklankę?

Kiedy wychodziliśmy z pomieszczenia, zauważyłam, że mama chłopaka pochylała się nad rozbitym szkłem i płakała. Co tak właściwie się stało? Co jest ze mną nie tak? Nie podeszłam do niej, wiem, że ona potrzebuje teraz spokoju, z jakiejkolwiek przyczyny.

Przechodziłam przez hol nie zwracając uwagi na jego piękno. Miałam zbyt wstrząśniętą głową przemyśleniami. Ale kiedy znaleźliśmy się sami w jego pokoju, od razu o wszystkim zapomniałam.

Jacob zamknął drzwi. Jego pokój był piękny. Taki wszechstronny i wyrażający jego hobby- koszykówkę i... motory. Przyglądałam się z uwielbieniem każdemu detalowi w tym pomieszczeniu zaczynając od jasnych paneli, kończąc na zdjęciach stojących na biurku. Podeszłam bliżej, aby im się przyjrzeć.

Na pierwszym zdjęciu widniał starszy człowiek. Po rysach twarzy zorientowałam się, że jest to pewnie jego dziadek. Wyglądał na zamożnego człowieka, jednak zdjęcie wydrukowane czarno białym kolorem. Nie chciałam myśleć czemu. Od razu mój wzrok skierował się na zdjęcie obok. Prześliczna dziewczyna z kasztanowymi włosami, około rok ode mnie młodsza. Usta pomalowane czerwoną, intensywną szminką. Jej uroda zbiła mnie z tropu. Kim ona jest? Jego dziewczyną? Jeśli tak, to nie mam z nią najmniejszych szans. Z góry bym z nią przegrała.

-To moja siostra.- Usłyszałam szept Jacoba. Nie wiedziałam, że stał tuż za mną.- Ona... nie żyje.- Jego ton był bardzo smutny. Kurczę, nie chciałam, żeby się załamywał przeze mnie...

-Przykro mi...- Odpowiedziałam. Obróciłam się i spojrzałam w jego smutne oczy. Dotknęłam dłonią jego policzka. Popatrzył na mnie.

Złapał mnie za głowę, a ja zamknęłam oczy.  Delikatnie dotknął moje usta swoimi. Poczułam, jak od środka wypełnia mnie szczęście. Oderwaliśmy się od siebie, ale ja za chwile znów przybliżyłam się do jego twarzy. Delikatnie zaczęlismy się całować. Jego lewa ręka czochrała moje włosy. Podekscytowana zaczęłam ssać jego dolną wargę. Podskoczyłam i dałam moje nogi mu w pasie. Wciąż eksperymentowaliśmy z naszymi ustami.

Jacob skoczył ze mną na łóżko. Zaczęliśmy się bardzo namiętnie całować. Kiedy poczułam ból i przypomniałam sobie moje siniaki, których za wszelką cenę nie mógł zobaczyć, zorientowałam się do czego zmierzamy. Cholernie się wystraszyłam i odepchnęłam go.

-Co się stało?- Zapytał czule. Popatrzyłam mu prosto w oczy. Był napalony. I pragnął mnie. Ale ja nie mogłam. Przynajmniej nie dzisiaj, gdy mam na ciele ślady pobicia przez własnego ojca.Zaczęłam szukać w głowie wymówek. Nie mogłam się dzisiaj zgodzić.

-Bo... Jeszcze nigdy tego nie robiłam. Daj mi trochę czasu. Proszę.- Jego oczy pochłonęły mnie do całości. Ciało dawało mi znaki, ze ja właściwie tego chcę. I musiałam się powstrzymywać z całych sił, aby nie ulec temu pragnieniu.

-Dobrze, nie musimy się śpieszyć. Przepraszam, że ja tak...

-Och, nic się nie stało. Naprawdę!- Uśmiechnął się słodko.

-Masz ochotę gdzieś ze mną pójść?- Zapytał z dziwnym uśmieszkiem.

-Pewnie!

~~~~~~~~~~~~~~

Kto poznaje pierwszą piosenkę na mojej liście?? ^^
Jeżeli to czytacie, to proszę o pozostawienie po sobie komentarzy, ponieważ chciałabym wiedzieć czy ktoś czyta moje wypociny... xd 
Jestem otwarta na krytykę, człowiek całe życie się uczy! Piszcie co wam się podobało, czy też nie ;)
Dziękuję za uwagę :)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

3 rozdział

Wstałam dziś bardzo wcześnie i nie mogłam usnąć. Ach ten zegar biologiczny. Zawsze wybudza człowieka przed budzikiem, jeżeli on się bardzo denerwuje.

Myślałam o Jacobie. Jestem niezmierną szczęściarą, bo na ponad trzysta dziewczyn w szkole, wybrał właśnie mnie.

'James',podpowiedziała mi moja podświadomość.  'Jak on się czuje, czy spał tej nocy?' Z resztą pomogłam mu jak mogłam. Ale miałam wyrzuty sumienia, choć właściwie nie wiedziałam czemu.

A i mam ten jeden cholerny problem. Umówiłam się na dzisiaj na randkę. Z Jacobem, prawdopodobnie moim przyszłym chłopakiem. No cóż, skoro mamy się spotkać po lekcjach, a ja od razu muszę wracać do domu... Problem jest ogromny. Dobrze wiem, że powinnam go odprawić do domu i nie dawać nadziei, ale ja tego pragnę. Kocham go całym moim serduszkiem. Chcę, żeby mnie zrozumiał, ale to za trudne. I nie mogę mu powiedzieć.

Chciałam przetrzeć rękoma oczy, ale zaraz odsunęłam dłoń, gdy poczułam ból. Ach, no tak. Wczoraj dostałam mocno w twarz. Szybko wygrzebałam z mojej torby lusterko i przyjrzałam się odbiciu. Ogromny siniak. Koło oka. Poleciała mi łza. Ja na prawdę chcę być tylko szczęśliwa, ale ojciec mi wszystko utrudnia. Już wystarczająco zniszczył moją psychikę.

Wczoraj wieczorem byłam taka zmęczona i obolała, że nie zdążyłam się umyć. Usnęłam w ciuchach, w których byłam.

Tata był teraz w pracy. Często robił w nocy i wracał o godzinie 10.

Poszłam do łazienki i rozebrałam się. Stanęłam przed wielkim lusterkiem. Wielki siniak na udzie, na ręce, na obojczyku, koło kolana i największy na brzuchu. To tak z grubsza, bo były jeszcze malutkie, ale je było w miarę łatwo zamaskować. Największy problem stanowił ten na twarzy. Cóż, nienawidzę makijażu, ale dziś jestem zdana tylko na niego.

Wskoczyłam pod prysznic. Uwielbiam polewać moje ciało gorącą wodą, ale z doświadczenia wiem, że ze dwa dni po świeżym katowaniu przez ojca, lepiej jej unikać. Trzeciego dnia jest już trochę lepiej.

Lodowata woda orzeźwiła mnie i pobudziła do myślenia. I przy okazji umyłam głowę, aby nie było śladów krwi. Szampon strasznie drażnił moją ranę za uchem. Trudno, nie takie rzeczy się przeżyło. Z tatą bywało o wiele gorzej. Na przykład w wakacje, gdy nie musiałam się pokazywać w szkole. A jeszcze gorzej miała moja mama, która była bezrobotna. Nie musiała się pokazywać nikomu.

Gdy wyszłam z łazienki, dałam rzeczy do prania. Poszłam w kierunku swojego pokoju. W co ja się dzisiaj ubiorę? Jako, ze dziś jest specjalny dzień dla mnie, chciałam Ubrać sukienkę, którą dostałam po mamie. Kupiła ją sobie, ale była za ciasna. Więc dostałam ją ja. Była taka śliczna, że aż szkoda mi było ją używać. Ale dziś chciałam się przełamać.

I tu kolejny problem. Niebieska sukienka- miniówka nie zasłaniała siniaka na udzie, bo był za nisko. Westchnęłam myśląc, jak pięknie mogło by być. Ale zaraz potem do głowy przyszedł mi pomysł. Pończochy. Tak, czarne pończochy zdecydowanie pasowały do tej sukienki.

Przyjrzałam się sobie w dużym lusterku. Wyglądałam prawie dobrze, ale... Ten siniak koło oka. Hm... Zawsze chodzę w kitce, ale jak raz mogłabym uczesać się inaczej.

Niewiele myśląc rozpuściłam moje brązowe włosy długie aż do pasa. Wyszczotkowałam je i wzięłam się za makijaż. Posmarowałam twarz kremem matującym. Co prawda nie miałam wielkiego problemu z pryszczami, ale teraz chciałam zatuszować fioletową niedoskonałość za okiem, którą po części przykrywały włosy. Następnie się po pudrowałam. Już tego aż tak nie było widać. Może troszeczkę, ale trzeba było się bardzo przyjrzeć.

Pozostały tylko oczy. Zrobiłam niebieski cień i pomalowałam rzęsy tuszem. Na koniec zrobiłam kreski. Jedna wyszła idealnie, a druga trochę krzywo. No cóż, trudno. Na usta naniosłam czerwoną szminkę. Popsikałam się perfumami mamy. Popatrzyłam w odbicie. Teraz był widoczny tylko jeden siniak. Na szyi.

Kiedy obmyśliłam plan jak się nie spóźnić, wyszłam z domu. Wyszłam dość szybko, bo wiedziałam, że muszę dojść na miejsce szybciej niż Jacob. I udało mi się. Choć musiałam stać w ukryciu, aby mnie teraz nikt nie zauważył, w zasadzie mi to nie przeszkadzało. Czekałam niecałe pięć minut, gdy on pojawił się na drodze prowadzącej do szkoły. Szybko do niego podbiegłam.

-Cześć. Chodź za mną.- Powiedziałam i poszłam w stronę lasu nie czekając na jego reakcję. Usłyszałam kroki. Był za mną. Uśmiechnęłam się. Po moim ciele krążyła adrenalina. Gdy byliśmy na bezpiecznej odległości, wreszcie stanęłam.

-Ojej, ślicznie dziś wyglądasz!- Powiedział Jacob przyglądając się mi. I, szczerze mówiąc, na prawdę poczułam się piękna. Nie muszę być najładniejszą według każdego. Dla mnie jest ważne, abym była idealna dla niego. Uśmiechnęłam się najszerzej jak potrafię.

-Wiesz, chciałeś się dzisiaj ze mną umówić...

-Wiem, po lekcjach...- Nie mógł oderwać ode mnie wzroku. A wtedy coś zauważył.- Jejku, co ci się tutaj stało?!- Wskazał na mojego obojczyka. Cóż, mogłam się spodziewać, ze to zauważy, choć w głębi duszy miałam nadzieję, że nie.

-Uderzyłam się.- Powiedziałam spokojnie, po czym znów się uśmiechnęłam. Jacob delikatnie przesunął opuszkami palców po mojej szyi. Wyglądał na zmartwionego.- To nic, nie boli tak bardzo... A tak w ogóle nie bez powodu cię tu zaciągnęłam.- Popatrzył na mnie zdziwiony. Nagle otrzepał się, jakby wyszedł z jakiegoś transu. popatrzył na mnie.- Zaprosiłeś mnie na randkę. Bądźmy spontaniczni. Chodźmy teraz!

-Ojej, nie spodziewałbym się po mojej kujonce Katie, że specjalnie dla mnie urwie się z lekcji!- Uśmiechnęliśmy się. Ta chwila była cudowna. I chciałabym, aby trwała wiecznie. Uwielbiam czuć się szczęśliwa.

-Dla ciebie będę niegrzeczną dziewczynką.- Uśmiechnęłam się zalotnie. Zapowiadał się najlepszy dzień w moim życiu.

2 rozdział

Po lekcjach ponownie zaczepił mnie Jacob.

-No wiesz... Bo ja myślałem..., że może.. Może się umówimy?- Zapytał. Byłam cała rozpromieniona. Te trzy słowa, a jednak był zdenerwowany.  Pewnie często praktykował. Miał wiele dziewczyn. Ale może w końcu wybierze mnie. Dyskretny uśmiech pojawił się na mojej twarzy, a znienawidzone rumieńce wypłynęły na moje policzki.

-Tak!- Krzyknęłam, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że okazałam za dużo entuzjazmu. Odchrząknęłam.- Tak.- Powiedziałam z powagą biznesmena. I wtedy on się uśmiechnął. Zmiękły mi kolana.

-To świetnie, może jutro?- Zapytał. Uśmiechnęłam się szerzej.

-Pewnie!- Odpowiedziałam, a motylki w brzuchu dawały o sobie znać. Jestem teraz taka szczęśliwa!

-To umówimy się po lekcjach, ja muszę spadać, do zobaczenia!- Powiedział i wysłał mi oczko.

-Pa!- Odpowiedziałam. Coś mi mówiło, że tej nocy nie będę mogła usnąć.

Całą drogę do domu myślałam tylko o nim. Miłość wypełniła mnie całą, perfekcyjnie po brzegi. Czułam się spełniona. Jeżeli coś między nami zajdzie, w społeczeństwie będę na lepszej pozycji. W końcu nie każda dziewczyna ma możliwość chodzenia z popularnym chłopakiem. Teraz już żadna nie będzie mogła, teraz będzie mój. I tylko mój. Już ja się o to postaram. Jak raz szczęście zapukało do moich drzwi, tak teraz go nie oddam.

Zaczęłam wyobrażać sobie rożne sytuacje, w których on był głównym bohaterem. Właśnie płynęliśmy na Titanicu. Nagle ogromny statek zaczyna tonąć. On osłania mnie przed spadającą częścią Titanica. Zostaje okaleczony w nogę, ale udaje, że go to nie boli. Kiedy lądujemy w wodzie, stara się, żebym to ja przeżyła, chociaż jego kosztem.

Tą wizję szybko oddaliłam od siebie. Teraz jesteśmy w górach. Rozgrzmiała się burza. Leje jak z cebra, mi jest strasznie zimno. Ukochany podał mi swoją kurtkę i przytulił, jednak za chwilę puścił. Pech chciał, że piorun trafił w drzewo koło mnie, a ono upadło na mnie. Przerażony Jacob z całych sił ściągnął ze mnie roślinę, która mi przygniotła nogi. Nie mogłam wstać, więc on mnie wziął na ręce i resztę drogi przeniósł mnie.

Moje wizje w końcu się skończyły. Stanęłam przed drzwiami domu. Nagle zaczęłam się stresować. Zaczęłam walczyć ze sobą. Najchętniej uciekłabym z Jacobem. Ale czas wrócić do rzeczywistości.

 Weszłam do środka. Starałam się iść jak najciszej, ale skrzypienie podłogi mnie zdradziło.Tato mnie usłyszał.

-Co, już kurwa jesteś!? O tej porze! Dziewczyno, opamiętaj się kurwa! Jak lekcje kończą się o 14, to ty masz być w domu punkt 14:05! Spóźniłaś się dwie minuty! Ty szmato! Ty cholerna dziwko!- Następne zdarzenia trwały niecałą sekundę. Ojciec podniósł rękę i uderzył mnie w twarz tak mocno, że upadłam na ścianę, która była koło mnie. Odbiłam się od ściany i wylądowałam na podłodze.

Wrzasnęłam z bólu. Rozwścieczony ojciec kopnął mnie w brzuch. Strasznie zabolało. Skuliłam się, czekając na kolejny cios. Tym razem kopnął mnie w udo. Tata pochylił się nade mną i uderzył mnie w ramię. Wrzasnął w furii.

Przyjmowałam kolejne razy i czekałam, aż przestanie. Na szczęście tata ma żelazną zasadę, aby dwa razy z rzędu nie bić mnie w twarz. Nie chciał, aby mój wygląd wszystko zdradzał, ale czułam, że tym razem może być coś widać. I to na jeden dzień przed randką. 

Eh, nawet w tej chwili wciąż o nim myślę. Marzę o tym, aby tu przybiegł i mnie uratował. Aby właśnie teraz przekroczył wejściowe drzwi i wywrócił mojego ojca. Aby mu oddał za te wszystkie czasy, w których mnie bił. Chcę już być od tego wolna. 

Kiedy tata wreszcie skończył mnie katować, krzyknął, ze mam iść do kuchni, bo nie ma zamiaru czekać na swój obiad dłużej, niż to jest konieczne. Odgrzałam na patelce szybko ziemniaki ze schabowym i nałożyłam mu surówki. Już dłużej na nic nie czekałam, poszłam do łazienki.

Przyjrzałam się sobie w lustrze. Od razu zrobił mi się siniak koło oka. Miałam zakrwawione włosy. Dotknęłam w bolące miejsce. Czerwona maź leciała mi zza ucha, najprawdopodobniej od uderzenia się od ściany, lub od podłogi. Nie miałam teraz ochoty patrzeć na pozostałe partie ciała. Przemyłam włosy gąbką i wybiegłam z domu. 

Płakałam, a ból nie ustępował. Bolała mnie każda część ciała. I jeszcze to upokorzenie. Przeżywałyśmy je razem z mamą, ale w końcu ojciec trafił ją w żołądek. Coś się jej stało, chyba pękła, czy coś. Teraz leży w szpitalu. Lekarze zauważyli siniaki i podrapania na całym ciele. Powiedziała, że miała wypadek samochodowy, w co nie chcieli do końca uwierzyć.Nie przyznała się. Rozumiem ją. Też bym się nie przyznała. 

Na moje szczęście nie było nikogo na placu zabaw. Usiadłam na huśtawce. Ciągle płakałam. Nie mogłam przestać. 

A co gdyby mama się przyznała? Gdyby jedna z nas powiedziała w końcu policji, że on się znęca nad nami? Z pewnością wiele by nie dało. Spisali by tylko protokół, a mój rozwścieczony tata odegrał by się na nas za wszystkie czasy.

Boję się. Dlaczego on nie może być jak wszyscy ojcowie?

-Znów ci to zrobił?- Usłyszałam czyjś głos. Podniosłam głowę. James. Tylko on wiedział. Był moim sąsiadem. I przyjacielem. Nas oboje spotkał ciężki los. Mnie katował ojciec, a jego rodzice umarli. Na wychowanie Wysłano go do cioci i wujka. A za dobrzy oni nie byli. Nienawidzili Jamesa z całego serca. Utrudniali mu życie jak tylko się dało. Czasami bywały nawet dni, w których nie dostawał jedzenia. Wtedy ja mu pomagałam. Ale jego przynajmniej nie bili. 

-Cześć.- Powiedziałam zachrypniętym głosem.-U mnie tak jak widać.- Otarłam łzy.- A co u ciebie?

-Och, wujek się wkurzył, bo dostałem jedynkę z angielskiego. Wygonił mnie z domu. Nie mogę dziś w nocy spać w swoim pokoju.- Popatrzyłam na niego ze współczuciem. Kto z nas ma gorzej? Tego nie wiem. Obydwoje mamy ciężko. Nie wiem, czy mogę mu teraz jakoś pomóc. Chyba mogę, ale kosztem mojego ciała. 

-Jak chcesz, to przenocuję cię u siebie w pokoju, tylko musimy wejść, aby nie zauważył nas mój tato.- Oznajmiłam. 

-Nie trzeba. Jakoś sobie poradzę. Nie będę cię narażał, już się dzisiaj też sporo nacierpiałaś. W zasadzie zawsze marzyłem, aby spać pod gołym niebem. Może policzę gwiazdy.- Uśmiechnął się, a po chwili posmutniał. Zawahał się, po czym zapytał:- A masz coś może do jedzenia?

No nie, znowu go głodzili. To już za wiele. Kiwnęłam do niego głową, że mam, po czym pobiegłam do domu. Otworzyłam lodówkę. Zabrałam opakowanie kabanosów i trzy pajdy chleba. Może mu starczy. Pobiegłam do swojego pokoju. Otworzyłam szafkę i wyciągnęłam zapasową kołdrę, przyda mu się ona dzisiaj.

Schodząc po schodach, starałam się, aby nie zauważył mnie ojciec. Zajrzałam do salonu. Na szczęście drzemał przed telewizorem. Wybiegłam z domu. Moim  miejscem docelowym był las. Zawsze, jak coś przemycałam dla Jamesa, to zazwyczaj do lasu. Po to, aby nie zauważyli tego nasi opiekunowie.

-Ojej, dziękuję!- Zabrał się za jedzenie. Patrzyłam, jak zachłannie zjadał dwa kabanosy i zagryzał chlebem. Większość jedzenia jednak zostawił. Domyślam się, ze na później. Nie wiadomo, co będzie jutro.- Kołdrę też przyniosłaś? Jejku, dziękuję! Nie wiem, jak ci się odwdzięczę... 

-Po prostu bądź.- Uśmiechnęłam się do niego.

sobota, 23 sierpnia 2014

1 rozdział

On był mi obojętny. Nie interesowałam się nim. Aż do tamtego dnia. Znaczy, do tych dwóch dni. Ten drugi był ważniejszy. Ale chyba najbardziej podobała mi się ta jego aura tajemniczości. Był bardzo popularny, był w końcu kapitanem w naszej szkolnej drużynie koszykówki. Z tego co wiem, był też bogaty. Ale to mnie akurat bardzo nie interesowało.

Jestem kujonką i nikt mnie nie lubi. Znaczy lubią, ale tylko przez jeden dzień, w którym to daję im spisać zadanie domowe. Tamtego dnia o zadanie poprosił mnie właśnie on. Zdziwiłam się, bo taki popularny chłopak jak on mógł poprosić kogo kol wiek. A jednak poprosił mnie. Kiedy moja twarz wyrażała zdumienie, on uśmiechnął się.

-Dasz mi, czy nie?- Zapytał z uśmieszkiem.

-Och, tak, tak, już daję...- Roztrzepana podałam mu mój zeszyt do matematyki. Patrzyłam na niego całą przerwę, póki nie zdążył przepisywać. Wiem, ze to nieładnie się gapić, ale nie mogłam odwrócić wzroku. Nawet nie wiedziałam czemu.

Tuż przed dzwonkiem oddał mi mój zeszyt i podziękował. Wysłał mi swój uśmiech. Właśnie to sprawiło, ze nagle poczułam się szczęśliwa. To jego uśmiech sprawił, ze na mojej twarzy pojawił się rumieniec. To jego kultura sprawiła, ze czułam się, jakbym unosiła się dziesięć metrów nad ziemią. Czułam się taka... wolna. Taka... Zakochana. Na początku nie chciałam się sama sobie to tego przyznać, ale... To właśnie on sprawił, że przestałam się czuć, jak szara myszka na pastwie zwyczajnych uczniów.

Wieczorem nie mogłam usnąć. Przestałam myśleć o wszystkich problemach, o tym, że jutro mam sprawdzian z biologi, o tym, że na dole siedział mój tata, któremu nie chciałam się narażać. Zapomniałam o tym, ze mama leżała w szpitalu i miała małe szanse, żeby wyzdrowieć.

Liczył się tylko on. To, jak się kłócił z kolegami. To, jak odpowiadał na fizyce. To, jak strzelił kosza, dzięki któremu nasza szkoła wygrała marcowe rozgrywki. Liczyło się to, jak się śmiał, gdy go coś rozśmieszyło. Liczył się jego wzrok skierowany wprost na mnie. Liczyły się jego niebieskie oczy wwiercone prosto w moje. Liczyły się jego przecudowne, brązowe włosy. Liczył się jego wysoki wzrost, dzięki któremu łatwiej sięgał do kosza. Liczył się cały on. Bo to po prostu Jacob.

Następnego dnia, gdy szłam do szkoły, nagle usłyszałam, że ktoś woła moje imię.

-Katie!- Obróciłam się. Zobaczyłam, ze to był mój ulubiony gwiazdor koszykówki. Uśmiech momentalnie wypłynął na moje usta. Mój brzuch zaczęły wiercić motylki. W moim ciele podskoczyła adrenalina. To był "mój" Jacob.

-Hej!- Zawołałam do niego. Posłał mi swój słodki uśmiech. Popatrzył prosto w moje oczy. Myślałam, ze zaraz zemdleję ze szczęścia. Chyba w końcu ktoś mnie zauważył.

-Cześć. Ja chciałem ci tylko podziękować za to, że dałaś mi wczoraj spisać lekcje. Dzięki tobie dostałem piątkę.

-Och, to drobiazg.- Powiedziałam, czując, że się rumienię. Uśmiech nie schodził z moich ust.

-Mam coś dla ciebie. To za przysługę.- Powiedział zakładając na moją rękę bransoletkę.

-Jej, dziękuję nie trzeba było!- Przyglądałam się jego błękitnym oczom.

-Trzeba było. To na szczęście. Ja muszę spadać. Cześć!- Pomachałam mu cała w motylkach.

Czułam się, jakbym nagle ważyła o tonę mniej. Byłam szczęśliwa! Właściwie pierwszy raz w życiu czułam coś takiego. to wspaniałe uczucie. Teraz wiem na pewno, że jestem w nim zakochana.

Nie mogłam się skupić na lekcjach. Cały czas studiowałam podarunek od Jacoba. Złoty słonik z podniesioną trąbą do góry i wyrytą czterolistną koniczyną na grzbiecie. Wisiała na czarnym rzemyku. Z jednej strony słonika widniał wyryty napis "Dla Katie, od Jacoba". Chyba byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Ale wtedy zorientowałam się, ze za pięć minut skończy się lekcja biologii, a ja siedziałam nad sprawdzianem, na którym nie napisałam ani słowa.